Przejdź do głównej zawartości

STOP na drodze

      Z początkiem tygodnia zdawało się Mrs. Gorzkiej, że się rozpasała... I tak jej to słowo spasowało, że je tak sobie powtarzała wciąż. Rozpasała się, nie rozpasła, ale właśnie rozpasała. Jak się ktoś rozpasł, to trzeba mu ukrócić, ale tylko jedzenie i picie, ale jak się ktoś rozpasał to... no to trzeba na niego rózgę albo bicza. 
Spojrzała Gorzka w definicję tego słowa, ale nie na wiele jej się zdała, no bo "wzmóc się nadmiernie" jakoś nie do końca oddawało jej tu to, co ona sobie umyśliła. Znalazła natomiast całą klikę słów podobnych, znaczy się tzw. synonimów, no i tutaj, to już się aż nadto rozmarzyła... No bo rozzuchwalić się, rozbuchać, rozkiełznać, rozbestwić, a nawet zdemoralizować się i w końcu zejść na złą drogę... 
I tak z początkiem tygodnia Gorzka zeszła na złą drogę, aż tu chyba w  środę rano, albo nawet wtorek wieczorem, nabiła sobie wielkiego guza o czerwony znak STOPu, bo go po prostu nie zauważyła. Roztarła czoło i potulnie stanęła, a nawet się zatrzymała. Każdy kierowca jednak wie, że znak STOP to jest taki znak przebiegły. Każe ci się zatrzymać, ale potem i tak jedziesz dalej, oczywiście jak się dobrze rozejrzysz. Więc Mrs. Gorzka też zaczęła się rozglądać ostrożnie, choć na początku zeszło z niej całkiem powietrze i już miała się wycofać... Ale na szczęście puknęła się w czoło, bo na skrzyżowaniu to raczej zawracać nie można, a nawet chyba nie wolno. Ostrożnie więc zaczęła się rozglądać i ruszyła powoli w tę swoją złą drogę. Tylko czy droga może być zła? Droga to droga. Gorsza, lepsza, łatwiejsza, przyjemniejsza, dłuższa, krótsza, kręta, wąska, szeroka... "Prostujcie swoje drogi" usłyszała w środku tygodnia, a ona właśnie była na tym skrzyżowaniu... I kto tam stawia te biedne znaki nakazu, zakazu, stopu... Tu możesz jechać, tu ci absolutnie nie wolno, tu musisz zatrzymać się i zastanowić, a tutaj nie możesz ani w tę ani w tę (to zresztą ulubiony znak Gorzkiej, bo ona wtedy nigdy nie wie, gdzie ma jechać). I jak ona ma sobie prostować te drogi...?  Sama? Przecież ona nie jest inżynierem! No ale miało przecież być o rozpasaniu. No więc Gorzka w środku tygodnia przyhamowała, ale potem ruszyła z kopyta i dalej się rozpasa, a najgorsze że jeszcze kogoś w to wciągnęła. Rózgę na nią trzeba, a Mikołaj przecież już był...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zapadły Dół czyli lokalna legenda

Co zrobić, żeby historia była ciekawa? Żeby dajmy na to dwadzieścia parę oczu zwróciło się na ciebie w jednej chwili i zaczęło z zainteresowaniem słuchać? Żeby rozmowy cichły po trochu, a oczy zatrzymały się na jednym punkcie i tak już zostały?  Pewnie trzeba być przekonanym do tego, co się mówi i samemu w to wierzyć. Najważniejsze to być autentycznym. Jeśli ty w siebie uwierzysz, to inni też. Jeśli wierzysz w to, co mówisz, to cię usłyszą i co najwyżej uznają się za idiotę, ale wysłuchają. W obecnych czasach zawsze, wszędzie i na wszystko znajdziesz wytłumaczenie i gotową  receptę. Nie martw się, na pewno jesteś już zdiagnozowany, choć sam wcale o tym nie musisz wiedzieć. To już nie te czasy, gdy każda wieś lub miasto miały jakichś swoich lokalnych dziwaków, chorych, nieprzystosowanych,o których się szeptało i pokazywało palcami. Teraz wszyscy cierpimy na jakieś dziwaczne schorzenia, które sami sobie przypiszemy albo zrobią to za nas inni. To nie te czasy, gdy od ucha ...

Co nocami puka w szyby

Dom był mały, ale i tak za dużo było w nim szaf, drzwi, łóżek, pod którymi nie wiadomo co się czai, dziwnych i ciemnych zakamarków, a przede wszystkim okien. I siłą rzeczy trzeba było zasypiać z głową schowaną pod kołdrą, żeby czasem nie usłyszeć jakiegoś dziwnego i trudnego do zidentyfikowania dźwięku, albo co gorsza, nocnego pukania w szybę. Szczególnie wtedy, gdy w wieku czterech czy pięciu lat trzeba było zasypiać całkiem samotnie. Właściwie nie ma się co dziwić babci i prababci, które chciały mieć w końcu święty spokój od marudzącego i płaczącego za rodzicami dziecka, więc gdy zakopało się w kołdry i nie było już go widać i słychać, to można było w końcu odetchnąć z ulgą i iść do siebie. Dziecko miało coraz mniejsze oczy, ale spać nie chciało, mało tego, jeszcze marudziło, pochlipywało i ciągnęło co rusz za fartuch, a jeszcze do tego nie chciało jeść mleka. Co tu z takim bachorem zrobić? Najlepiej postraszyć. Dlatego też, gdy już w ogóle nie chciało się uspokoić, a dorośli nie mog...

W chowanego

Zabawa w chowanego była zawsze najlepsza. Na babcinym podwórku było pełno szop, komórek, strychów, była i piwnica, i najróżniejsze naprawdę niezwykłe zakamarki, w których łatwo było się ukryć, ale potem wychodził z nich człowiek z toną pajęczyn na głowie, umorusaną buzią i rękoma, o ubraniu nawet nie wspominając. Taka zabawa była jednak najlepsza. Nieważne były pasy na goły tyłek, zapominało się o nich szybko, ale nigdy nie zapominało się podniecającego uczucia, które aż wierciło w brzuchu, gdy ktoś przechodził koło twojej kryjówki i nie potrafił cię znaleźć. Albo uczucie, gdy myślisz, że nikt cię nie widzi, a nagle czujesz czyjś dotyk na swoich plecach. A potem złość, ale i szczery śmiech. A najprzyjemniej było, gdy w zabawie brały udział właśnie te, a nie inne osoby.   Zabawa w chowanego trwa nadal. Kto się da odnaleźć, kto uchyli rąbka tajemnicy? Jak zabawa w butelkę - na kogo wypadnie - ten zdradza szczegół ze swojego życia, o którym oczywiście nikt nie wie. Chowamy się...